Czym jest AI slop i dlaczego zalewa internet?

Wyniki wyszukiwania w Google wyglądają dziś inaczej niż pięć lat temu. Zamiast jednego poradnika trafiamy na dziesięć niemal identycznych tekstów, które mówią wiele i nie mówią nic. Zjawisko ma już swoją nazwę, a od niedawna także miejsce w słownikach.
Co kryje się pod pojęciem AI slop?
AI slop to masowo generowana przez sztuczną inteligencję treść o znikomej wartości, tworzona po to, żeby zgarnąć kliknięcie, a nie żeby komuś pomóc. Angielskie słowo slop oznaczało kiedyś pomyje wyrzucane świniom i ten pogardliwy wydźwięk mu pozostał. W grudniu 2025 roku amerykański słownik Merriam-Webster ogłosił je słowem roku.
Do tej kategorii należą nie tylko teksty, ale też seryjne grafiki, filmy z syntetycznym lektorem i generowane piosenki. Wspólnym mianownikiem jest brak autora, który wziąłby za treść odpowiedzialność. Na tym tle odcinają się centra prasowe i portale autorskie, jak www.borgis-dtp.pl, gdzie pod każdym tekstem podpisuje się konkretna osoba.
Rzetelne portale, które dbają o renomę, to w obecnych czasach rzadkość, więc warto mieć własną bazę takich serwisów. Dzięki niej znacznie rzadziej trafiamy na kolejną porcję AI slopu.
Skąd bierze się masowa produkcja niskiej jakości treści AI?
Bierze się z rachunku ekonomicznego. Rzetelny artykuł zajmuje autorowi kilka godzin, a wygenerowanie podobnego tekstu trwa kilkanaście sekund. Przy koszcie bliskim zeru opłaca się publikować setki materiałów i liczyć, że część z nich przyciągnie odwiedzających.
Skalę pokazuje analiza Graphite, która objęła 65 tysięcy anglojęzycznych adresów z bazy Common Crawl. W listopadzie 2024 roku teksty z generatorów pierwszy raz przeważyły wśród nowych publikacji nad pisanymi przez ludzi, a od tego czasu ich udział trzyma się okolic połowy.
Za tą skalą stoi kilka niezależnych czynników:
- Bariera wejścia zniknęła, bo do wyprodukowania tekstu nie potrzeba już wiedzy o temacie.
- Rozliczenia reklamowe premiują liczbę odsłon, a nie czas, który czytelnik spędza z tekstem.
- Publikacja została zautomatyzowana, więc jedna osoba prowadzi dziś kilkadziesiąt serwisów.
- Wykrywanie sztucznego stylu bywa zawodne, bo detektory mylą się także przy tekstach pisanych przez człowieka.
Dopóki te warunki działają naraz, taka produkcja pozostaje opłacalna.

Po czym poznać tekst wygenerowany maszynowo?
Pierwszym sygnałem jest wrażenie, że tekst krąży wokół tematu i nigdy do niego nie dochodzi. Takie artykuły chętnie powtarzają pytanie z nagłówka zamiast na nie odpowiadać i omijają liczby, daty oraz nazwy własne.
Kilka tropów pozwala zweryfikować podejrzenie w minutę:
- Zmyślone przypisy odsyłają do badań i raportów, których nie sposób odnaleźć.
- Brak podpisu autora albo nazwisko bez historii publikacji to sygnał, żeby zachować czujność.
- Identyczne akapity w kilku serwisach ujawniają się po wklejeniu jednego zdania w wyszukiwarkę.
Pojedyncze sygnały niczego nie dowodzą, ale ich nagromadzenie mówi wszystko.
W jaki sposób duże platformy reagują na automatyczne publikacje?
Platformy reagują coraz ostrzej, bo problem uderza w ich wiarygodność. Wikipedia wprowadziła w sierpniu 2025 roku tryb szybkiego usuwania haseł napisanych w całości przez model językowy i wrzuconych bez korekty. Wystarczy zmyślony przypis albo zdanie typu „oto twój artykuł”, żeby administrator skasował stronę bez tygodniowej dyskusji.
YouTube zmienił w lipcu 2025 roku zasady programu partnerskiego, żeby wykluczyć z monetyzacji seryjnie produkowane materiały, a Spotify przyznał, że w ciągu roku usunął ponad 75 milionów spamerskich nagrań.
Jak czytać internet, żeby nie utonąć w pomyjach?
Najprościej zmienić kolejność, w jakiej ocenia się tekst. Zamiast zaczynać od treści, warto sprawdzić, kto ją podpisał, kiedy powstała i na czym się opiera. Kilka stałych adresów z redakcją i nazwiskami autorów daje więcej niż codzienne przekopywanie wyszukiwarki. Zjawisko samo nie zniknie, ale decyzja o tym, komu poświęcamy uwagę, wciąż należy do nas.
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.